Воспитание Цифруши

«Воспитание Цифруши» (польск. Edukacja Cyfrania) — сатирико-философская фантастическая притча 1976 года Станислава Лема из цикла «Кибериада».

Цитаты

править
  •  

Когда Клапауция назначили ректором университета, Трурль, который остался дома, поскольку терпеть не мог любой дисциплины, не исключая университетской, в приступе жестокого одиночества соорудил себе премилую цифровую машинку, до того смышлёную, что втайне уже видел в ней своего наследника и продолжателя. Правда, всякое между ними бывало, и, в зависимости от расположения духа и успехов в учении, иной раз звал он её Цифрунчиком, Цифрушей или Цифрушечкой, а иной раз — Цифруктом. Первое время игрывал он с нею в шахматы, пока она не начала ставить ему мат за матом; когда же на межгалактическом турнире она одолела сто гроссмейстеров сразу, то есть влепила им гектомат, Трурль убоялся последствий слишком уж однобокой специализации и, чтобы ум Цифруши раскрепостить, велел ему изучать в очередь химию с лирикой, а пополудни они вдвоём предавались невинным забавам, например, подыскивали рифмы на заданные слова. <…> Солнышко пригревало, тихо было в лаборатории, только щебетали реле да на два голоса звучала рифмовка.
— Внемлите? — предложил Трурль.
— Литий.
— Взор?
— Раствор.
— Солнце?
— Стронций.
— Тюльпан?
— Пропан.
— Храм?
— Вольфрам.
— Уста?
— Кислота.
— Кой чёрт, сплошная химия! — не выдержал Трурль. — Ты что, не можешь другой извилиной пошевелить? Убит!
— Карбид.
— Хлебнуть?
— Ртуть.[1] <…>
— Довольно химии! — разгневался Трурль, видя, что так можно продолжать без конца.
— Это почему же? — возразил Цифрунчик. — Такого запрета не было, а правила во время игры не меняют!
— Не умничай! Не тебе меня учить, что можно, а чего нельзя!
Между тем малыш преспокойно продолжал:
— Теперь ты. Магний?
Трурль не отзывался.
— Гафний? Цезий? Кобальт? Спасибо, я выиграл! — заключил Цифруша.
Трурль, тяжело дыша, начал было озираться в поисках гаечного ключа, но затем, овладев собою, сказал:
— Хватит на сегодня играть. Займемся-ка более высоким искусством, а именно философией, поскольку она — царица наук и как таковая касается абсолютно всего. Спроси меня о чём хочешь, а я отвечу тебе дважды, сперва по-простому, а после по-философски!
— Правда ли, что тепляк — это подогретый земляк?[2] — спросила машинка.
Трурль откашлялся и произнес:
— Нет, ты не так меня понял, твой вопрос касается словаря…
— Но ты же сказал, что философия касается всего на свете! — настаивал Цифрунчик.
— Спрашивай про другое, раз я тебе говорю!
— Почему скверный делец не то же самое, что деловитый сквернавец?[3]
— И откуда ты только берешь такие дурацкие вопросы?! — возмутился Трурль. — Ну, хорошо. Выучки тебе ещё не хватает, это понятно. Знаешь ли ты, чего хочешь?
— Малость поинтегрировать.
— Да не в эту минуту, осёл, а в жизни!
— Хочу превзойти тебя славой!
— Это желание суетное, не стоящее усилий и уж наверняка не достойное быть целью всей жизни!
— Тогда почему ты увешал стены грамотами да дипломами?
— Просто так! Это не имеет значения. И больше мне не мешай, а то я тебя вмиг перепрограммирую!
— Ты не можешь так поступить, ведь это противно этике.
— Хватит. Идем на чердак — я устрою тебе наглядную лекцию по философии, а ты слушай молча, учись и не встревай!
Пошли они на чердак, Трурль приставил лесенку к дымоходу, поднялся по ней, за ним взобрался Цифранчик, и вот уже они стояли на крыше, откуда вид открывался далеко-далеко.
— Взгляни-ка на лесенку, по которой мы поднялись, — благожелательно сказал Трурль. — Куплена она мною по случаю, однако оказалась длинновата, а укорачивать её не хотелось, уж больно хорошее дерево; вот и проделал я в крыше дыру и в неё просунул излишек. Как видишь, теперь лесенка на два метра выше кровли. Если подниматься по ней, то поначалу каждый твой шаг имеет однозначный и ясный смысл. Но если, оставив внизу чердак, ты будешь взбираться и дальше, смысл, содержавшийся в предыдущих твоих шагах, улетучится на уровне гребня крыши и не останется никакого иного смысла, кроме того, который ты сам вложишь в свои начинания! Поэтому, будучи спрошен, зачем я ставлю ногу на нижние ступени, я вправе ответить: «Взбираюсь на крышу»; но этот ответ не годится, если взобраться на самый верх! Там, наверху, дорогой мой Цифруша, надобно уже самому выдумывать цели и смыслы. Такова in ovo вся теория высших сущностей, то есть разума, который, высунувшись из болтанки и передряг материи, начинает дивиться как раз тому, что он разумен, и не знает, что ему делать с самим собой и что означают его сомнения! Запомни мои слова, Цифрунчик, ибо это чрезвычайно глубокая притча с философской подкладкой!
— Не значит ли это, что нас занесло чересчур высоко? — поинтересовался малыш.
— В известном смысле да, по инерции, ведь этот процесс уже не притормозить, если он набрал ходу. — начало

 

Kiedy Klapaucjusza powołano na rektora uniwersytetu, Trurl, który został w domu, bo nie cierpiał wszelkiego, wiec i uniwersyteckiego rygoru, sporządził sobie w przystępie dojmującej samotności zgrabną maszynkę cyfrową, tak zmyślną, że sekretnie widział w niej już swego następcę i dziedzica. Co prawda różnie tam między nimi bywało i podług humoru oraz postępów nauczania nazywał ją raz Cyfrankiem, Cyfranusiem i Cyfraniątkiem, a raz — Cyfrantem. Przez jakiś czas grywał z nią w szachy, aż poczęła mu dawać mata za matem, a kiedy zwyciężyła na międzynebularnym turnieju stu mistrzów naraz, dając im hektomata, zląkł się Trurl skutków nazbyt jednostronnej specjalizacji i by rozluźnić w Cyfraniu ducha, zlecił mu studiować na przemian chemię z liryką, popołudniami zaś oddawali się wspólnie niewinnym igraszkom w rodzaju odnajdywania rymów do wyszukanych słów. <…> Słonko grzało, cicho było w pracowni, przekaźniki ćwierkały i słychać było tylko rymowanie na dwa głosy.
— Obmawian? — rzucił Turl.
— Szczawian.
— Zenek?
— Tlenek.
— Motylek?
— Etylek.
— Granat?
— Wanad.
— Ksieni?
— Utleni.
— Kniaź?
— Maź.
— Cóż, u licha, wciąż tylko chemia! — obruszył się Trurl. — Nie możesz ruszyć innym konceptem? Ubit!
— Rubid.
— Ożłopan?
— Propan. <…>
— Dość tej chemii! — zgniewał się Trurl, widząc, że tak może to iść w nieskończoność.
— A to czemu? — zaoponował Cyfranek. — Nic mi jej nie wzbrania. Nie można zmieniać reguł w toku gry!
— Nie mądrz się! Nie będziesz mnie uczył, co można, a czego nie można.
Tymczasem malec rzekł spokojnie:
— Teraz ty. Benzen? Trurl milczał.
— Hafn? Beryl? Ferryt? Azot? Dziękuję, wygrałem! — rzekł Cyfranio. Trurl dyszał przez chwilę, rozglądając się za śrubokrętem, lecz opanowawszy irytację, rzekł:
— Dość na dziś zabawy. Zajmiemy się teraz sztuką wyższą, a mianowicie filozofią, jest to bowiem królowa nauk i jako taka dotyczy absolutnie wszystkiego. Spytaj mnie o coś, a udzielę ci odpowiedzi dwa razy, raz zwyczajnie, a raz filozoficznie!
— Czy cieplica to wystygła zimnica? — spytała maszynka. Trurl odchrząknął i rzekł:
— Nie, nie o takie pytania idzie — to dotyczy tylko słownika…
— Ale powiedziałeś przecież, że filozofia dotyczy wszystkiego! — upierał się Cyfranek.
— Spytaj mnie o coś innego, kiedy ci mówię!
— Dlaczego dobry złodziej nie jest tym samym, czym zły dobrodziej?
— Skąd bierzesz takie idiotyczne pytania?! — obruszył się Trurl. — No dobrze. Nie masz jeszcze wprawy, to zrozumiałe. Czy wiesz, czego pragniesz?
— Poróżniczkować sobie trochę.
— Nie w tej chwili, ośle, tylko w życiu!
— Pragnę sławy większej niż twoja!
— Jest to rzecz płonna, niegodna starań, a już na pewno nie nadaje się na życiowy cel!
— To czemu wieszasz na ścianach wszystkie dyplomy i odznaczenia?
— Tak sobie! To nie ma znaczenia. Nie przeszkadzaj mi wciąż, bo cię zaraz przeprogramuję!
— Nie możesz tego zrobić, byłoby to nieetyczne.
— Dosyć tego. Idziemy na strych — zrobię ci pokazową lekcję filozofii, tylko słuchaj, ucz się i nie przerywaj mi wciąż!
Poszli więc, Trurl przystawił do dymnika drabinę, wlazł na nią, za nim wspiął się Cyfranek i obaj stanęli na dachu, skąd rozpościerał się rozległy widok.
— Spójrz na drabinę, po której weszliśmy ze strychu — powiedział życzliwie Trurl. — Kupiłem ją okazyjnie, a że była zbyt długa i nie chciałem jej skracać, boż porządne drewno, wybiłem w dachu dziurę i wysunąłem nadmiar przez ten otwór. Jak widzisz, wystaje teraz dwa metry ponad dach. Kiedy włazisz na nią z dołu, każdy twój krok, postawiony na kolejnym szczeblu, ma sens zarazem jednoznaczny i wyraźny. Lecz jeśli będziesz leźć dalej, zostawiwszy pod sobą strych i dach, sens, jaki tkwił w poprzednich twoich stąpnięciach, ulotni się na poziomie kalenicy i już żadnego żadnego wtedy nie będzie, jak tylko ten, który sam włożysz w swe poczynania! Więc wolno mówić: „włażę na dach”, kiedy spytają o to, po co stawiamy nogi na niskich szczeblach, ale nie można już odpowiadać tak samo, kiedy się wysoko zalezie! Tam, na górze, mój Cyfraniu, trzeba już samemu wymyślać sobie cele i sensy. In ovo jest to cała teoria wyższych butów, czyli rozumu, który wychynąwszy z koziołków i awantur materii, poczyna się dziwować temu, że jest właśnie rozumny, i nie wie, co by miał z sobą począć, jako też, co oznacza ta jego rozterka! Zapamiętaj me słowa, bo to nader głęboka przypowieść z wydźwiękiem filozoficznym!
— Czy nie znaczy to, że zaniosło nas zbyt wysoko? — spytał maluch.
— Poniekąd z samego impetu, bo ten proces leci bez pohamowania, kiedy nabierze już rozpędu.

  •  

Знание кладёт конец удивлению, ведь того, кто всё знает, ничто не в состоянии поразить! — вариант распространённой мысли

 

Wiedza likwiduje zdziwienie, bo tego, kto wszystko wie, nic nie zaskoczy!

  •  

— Неужто перед нами существо, построенное из клея, одно из тех, о которых писал древний кибермистик Клибабер? Неужто мы видим одного из пратуземцев Галактики, допотопного тленника, именуемого в легендах чиавеком? Столько миров облетел я, столько систем посетил, но ни разу не случилось мне увидеть воочию Мыслящего Масляка!

 

— Czyżbyśmy mieli przed sobą istotę zbudowaną z kleju, jedną z tych, o jakich pisał starożytny cybermistyk Klibaber? Mieliżbyśmy przed sobą jednego z pratubylców Galaktyki, zamierzchłego Jełczaka, zwanego w legendach Człakiem? Tyłem światów przebiegł, w tylu systemach po — bywałem, a nie zdarzyło mi się jeszcze ujrzeć na własne oczy Myślącego Maślaka!

Рассказ Первого Размороженца

править
  •  

Вдруг скрип нестерпимый: отворяется Шкаф в Углу, и вылазит оттуда Некто Пятиэтажный, Чёрный как ночь, с глазищами что мельничные жернова, и между колоннами плюхается не примеряясь, будто в лесу, и, сидя, разглядывает нас мокро и жгуче. О мраморный зад музы спиной волосатой скребёт, другая муза у него под локтем, ну и жуткий же этот углан, как глянешь, так по спине мурашки! Вот тогда-то и стала совсем пропадать у меня охота музицировать в Филармонии Гафния, потому что Углан как начал свой зев разевать, так всё раскрывал его и распахивал, а по причине общей громадности и габаритов шло это дольше, чем мне того бы хотелось, в серёдке же было мерзко до ужаса — и клыки были мерзкие, и язык за ними ещё мерзейший, вертляво-слюнявый, и всадил себе палец в морду Углан Шкафач, и ну ковыряться там, без спешки, однако с усердием.

 

A tu skrzypienie okropne, otwiera się Szafa w Kącie, a z niej wyłazi Ktoś Czteropiętrowy. Czarny jak noc, z oczami jak kamienie młyńskie i siada między dwiema kolumnami, nie przymierzając jak w lesie, i siedząc, przypatruje się nam wilgotno i paląco. O tyłek marmurowy muzy grzbietem skołtunionym się czochra, drugą muzę w łokciu ma, oj, straszliwy ten jakiś kąciarz, gdy go widzę, czuję mrówki gnające po krzyżu! Tu dopiero całkiem zaczęła mi przechodzić chęć muzykowania w Filharmonii Hafnu, bo jak wziął się gębę otwierać, to odmykał ci ją i rozsuwał, a przez ogólny ogrom i rozmiary trwało to dłużej, niżbym sobie życzył, w środku zaś paskudnie wprost nie do wiary — i kły paskudne, i język za nimi nawet paskudniejszy, zwinny i ślinny, i wraził sobie Szafon Kąciarz paluch w mordę i nuż tam z wolna, lecz usilnie gmerać.

  •  

Встал я с такою сентенцией, что, ежели б описания музыки имели свойство звучать, непременно распростерлась бы в Гафнии воплощённая Сфер Гармония; и чую отчаянность в себе небывалую, и во всеобщем Silentium говорю громко: А что это за чудище-ублюдище шастает и слоняется здесь на каблукастых ножищах, и шлендает, и топочет, и тошноту наводит одним только видом? А по какому такому праву сей Шкафный Углан беспрестанно в музыке нашей шарит и оную сквернит своею сквернотиной, а также обжорством? А слыханное ли дело, музыкантов почтенных сырыми жрать, да так, что уши чешуйчатые трясутся, а кадык ходуном ходит? А где это видано, чтобы были Комиссии и полные доктора тих. муз., учёные экспертизы, и ревизоры, и контрревизоры, и микроскопов скопища, и никто ничего, ни гугу, всё на корточки да на корточки? А раз так — я, тут и теперь, заявляю: Veto, Государь Гармонарх, и Veto, государи-собратья, и Veto ещё раз, нету согласия моего на тебя, Гориллище Гнусное, и пока ты здесь, дерьмо у нас будет, а не Гармония Сфер!!!
Что тут было, милостивые государи! Одни силились влезть в инструменты свои и там укрыться, но вам понятно, я полагаю, что если это ещё входило в расчёт в случае контрабаса или пьянофорто, то о флейте нечего и говорить, а уж треугольщик, вконец ошалев, пролез в треугольник, и тот висел на нём, словно ошейник, позванивая от зубов его щёлканья. Другие же залезали под стулья или царапали пол, чтобы вырыть хоть ямку, но при дубовом паркете какая может быть ямка для страусиной политики! Медник-тарельник, зад заслонивши тарелками, бумкал в мой барабан головой, так его в середку тянуло, однако же импортная добротная перепонка выдержала. Капельмейстер, чтобы меня перекрыть, лупил во всю мочь по дирижёрскому пульту, с поросячьим взвизгом «анданте анте ранте адаман-те таяте», ибо всё уже у него смешалось, а Его Величество Гармонарх из Ложи своей, почитаемый великим почётом, зашептал что-то быстро лакеям и челяди, и давай они портьеру задёргивать, дабы та парчою, Дамаском, тисненьем гербовым отгородила от нас короля, а Гориллище сперва хоть бы что, трескает только да чавкает, жрыкая, — всё ему арфистом отжрыкивалось, который был жирен и тучен весьма, — а потом, приподнявшись, как забасит, хрипло, мерзко и рыковато:
— Ка-блу-ка-стый? Это кто же? Мо-я-свет-лость?! Ах?! Мне ли тут по-о-хо-хо-хо (заплакал) зор учиняют? Меня ли тут в чём-то ду-у-ху ху-ху (заплакал) рном обвиняют? И никто меня ни сло-о-хо-хо (заплакал) овом единым не защитит? Проклятье! Спасите меня, детинушку-сиротинушку, меня тут шельмуют, мне тут афронт, мне тут обида, мне тут поношение, худо мне тут, я к мамочке, к нянюшке хочу! О-хо-хо-хо! У-ху-ху-ху! (рыдал уже грозовым водопадом) — ты мерзкий вшивец-паршивец! Би-ток не-куль-тур-ный! Ба-клуш-ник! О-хо-хо! Не любишь меня! А я-то думал, что все меня тут, все до единого любят.
Сначала я было речи лишился от удивления, но после собрался с духом и говорю: Сударь Гориллий! Поистине, трудно любить того, кто Угланом Шкафонским из укромного Шкафа то и дело жутко вылазит и рыскает, словно рысь меж овец, кости ломает, тромбонистов жрёт, флейтистами закусывает, а потому невдомек мне, как это ты не видишь каннибально-музыкального своего лиходейства? А вы, — говорю, — господа грамотеи, фрачистые, табачистые, бородатистые, и ты, черно-смокинговый доктор тих. муз. с трубкой, — не научная ваша наука ученая! Метрономов тут понаставили, резонаторов, абракадабр и альфацентавр, муку рассыпали в воздухе, чтоб зависала, летая, и Стоячих Волн выявляла узлы! Экспертолизы строите, тон и такт метром меряете, а Гориллища не видите! А Его Величество Гармонарх пусть изволит занавесь свою отзанавесить и некоторым образом растолковать, на каком таком основании допускается здесь сыроядение на месте, а также на вынос в Шкаф?! Ибо вошёл я в азарт и мне уже все едино. Учёные, вижу, достают тюбики с синдетиконом и пробуют Специальными Словами отделаться, как-то: Delirium Tramtadremens, или Бред Колотунский, Psychopathium Musicales cum Hypnagogica Confusione Debilitatissima[4], Гориллище как зарычит! Слёзы горючие льёт, и ручьями текут они по ступеням амфитеатра; а потом как махнет одним махом горилльским к Збасительской Ложе, как на шнурах повиснет да как вцепится в дамассковую парчу, — тут уж сам Гармонарх изрядную Конфузию выказал, в углу на корточках съежился и чрезвычайную ведёт консультацию с Советом Министров, а Гориллище морду в Ложу суёт и: спасите, В.Величество! — восклицает, — спасите меня, горемыку ославленного, а не то я пойду и уже не вернусь!
Вскочил Гармонарх при этих словах и криком вскричал: Только не это, ах, не это, Надёжа ты Наша, Опора, Дружок Любезный, Только не ЭТО! Сделай же сам, сам знаешь что, изволь понять, Милостивец, что Нам сказать такое в Мягкосердии Нашем, Многажды Царственном, не пристало, а тебе ничего не стоит. — А вот нет же! — Гориллище отвечает, носом жутким пошмыгивая, так что сопли текут по страховитым щекам, — вот нет же! То, что делал я, — делал на службе В.Величества, согласно персональному списку. Нарочным из Ложи доставленному через Окошечко Шкафное, выхватывал я строго по предписанию и согласованно потреблял, однако Весьма Неохотно, затем что я Игрунишками Брезгую и, жизнью клянусь, ни единого в рот бы не взял! Всех до последнего ел с отвращеньем, наперекор своему Естеству, себе вопреки, единственно ради Трона, Отечества и Высших каких-то Сфер, ибо я Углан неучёный и на знаю, как их там звать, и желудка, здоровья, печени своей не щадил, хотя от провизии этой прогорклой желчь запеклась, и расстройство случилось, и жжёт беспрестанно изжога, однако же я беззаветно стоял на посту и поэтому требую, чтобы оный Облыжник со своею Гремучкой за шельмование Персоны моей, по природе добропочтенной, добродушной и преданной, немедля был В.Величеством собственноручно по заслугам наказан, а не то я пойду себе прочь, и увидите, В.Величество, что останется от Музыки Вашей!

 

Wstałem z tą myślą, że gdyby opisy muzyki mogły dźwięczeć, niechybnie rozpościerałaby się w Hafnie wcielona Sfer Harmonia; i poczułem, że w hazarodowym jestem stanie, i w powszechnym Silentium powiadam w głos: A co to za zmora — potwo — ra kręci się tu i pałęta na kabłąkowatych nogach, i kusztyka, i drała, że wprost niedobrze się robi od samego widoku? A jakimż to prawem ten Kąciarz z Szafy wciąż penetruje nam muzykę i takową zanieczyszcza paskuda swoją, a też obżarstwem? A jakżeż to można zacnych muzykantów na surowo żreć, aż się łuskowate uszy trzęsą, a grdyka chodzi? A któż to widział, żeby komissye i doktorzy hab. cich., i uczone ekspertyzy, i rewidenci, i kontrrewidenci, i mikroskopy na kopy, a nikt nic, ni pary z gęby, jeno w kucki a w kucki? To ja tu teraz powiadam Veto, Grólu Zbawnucy, i Veto, panowie bracia, i Veto, czyli nie masz zgody na ciebie, Kąciarzu Bezecny, i póki ciebie, tedy tu g... będzie, nie Harmonia Sfer!!!
Co się działo, mości panowie! Jedni usiłowali wleźć do instrumentów swych, żeby się schować, wszelako pojmujecie chyba, że o ile to było jeszcze do pomyślenia przy kontrabasie lub pianoforcie, ani mowy z fletem, a już tryanglista, wyryując, łeb wraził w sam środek tryangla, który mu jak obróżka na szyi wisiał i dzwonił jednym cięgiem od jego zębów szczękania. Drudzy włazili znów pod fotele swoje albo drapali podłogę, by dołek sobie wykopać, ale jaki tam dołek dla strusiej polityki, gdy tu dębowy parkiet! Blacharz talerzysta, tył sobie talerzami osłoniwszy, bęben mój duckał głową, bo do środka go parło, lecz importowana błona grzeczna zdzierżyła. Kapelmistrz, aby mnie zagłuszyć, jednym cięgiem prał paliczką swoją w pulpit, kwicząc jak prosię andante ante rante mante adamante tante, bo mu się już wszystko pomieszało, a Gról Najjaśniejszy w Loży swojej koronnie honorowanej prędko coś zaszeptał lokajom, sługom, i nuż ci zasłonę zasuwać, aby go brokatem, adamaszkiem, złotogłowiem herbowym oddzieliła od nas, zasię Goryllium zrazu nic, jeno ćpało, a mlaskało dalej, bekając, bo mu się jeszcze arfistą odbijało, że dosyć był w sobie tłusty i masny, aż dopiero potem przywstaje i odzywa się chrapliwie, wstrętnie i grubawo:
— Ka — błą — ko — wa — ty? Niby kto? Mo — ja — wiel — moż — ność?! Ach?! Jam tu podań w niehehehe (zapłakał) sławę jest? Jam tu pomóhuhuhu (zapłakał) wioń o coś brzydkiego jest? Nikt mnie do obronyhyhyhyhy (zapłakał) słowem nie pospieszy? O! jasny gwint! Ratujcież mnie sirotę — bidotę, bo tu mnie obrażają, mnie tu despekt, mnie tu impertynencje, mnie tu krzywda się, mnie tu źle, ja do mamy, do niani chcę! Ohohoho! Uhuhuhuh! (płakał już jak wodospad w burzę) — ty, wstrętny wszarzu — bębniarzu! Ty nie — kul — tu — ral — ny bambidolu! Ty boćwi — no! Ohoho! Nie kochasz mnie! A ja myślałem, że mnie tu wszyscy, wszyscy kochają! Zdziwienie mi zrazu mowę odjęło, potem atoli wziąłem na odwagę i rzekę: Mości Gorylllium! Zaiste trudno kochać tego, kto jako Kąciarz Szafon z pokątnej Szafy wciąż wyłazi potworem, wyłaniając się jak żbik na owce, gnaty łamie, puzonistów żre, flecistami zakąsza, nie mogę tedy pojąć, jakoż nie dostrzegasz swej kanibalno — muzykalnej zbrodniczości? A wy — mówię — panowie uczeńcy, fraczni, tabaczni, bro — danci, i ty smokingowy doktorze hab. cich. z fajką, nie naukowa wasza nauka badawcza! Metronomów ponastawiali, rezonatorów, abrakadabrów, szpilcajgu, mąkę w powietrzu rozsypali, niech ta wisi polatując, ukaże Węzły Stojących Fal! Ekspertolizy piszecie, duch i ciąg metrem mierzycie, a Goryllium nie widzicie! A Gról Jegomość niechaj raczy firancję swoją odsunąć i wyjaśnić poniekąd, w jakim charakterze tu się konsumpcja na miejscu odbywa, jako też na wynos do Szafy!? Albowiem w hazardowy stan wszedłem i już mi wszystko jedno. Uczeni, widzę, wyciągają tubki z syndetikonem i już próbują używać Specjalnych Słów, jako to Delirium Bębniariorum, Wariatuncja Musicalis cum Hypnagogica Confusione Debilitatissima, lecz wtem Goryl — lium jak nie ryknie w głos! Ślozy płyną mu rzewliwe, aż strumienie poszły po stopniach amfiteatru, i jak nie skoczy jednym gorylskim susem ku Loży Grólewskiej, jak na sznurach nie zahuźda się, jak nie targnie adamaszkowego brokatu — sam Majestat w Kontuzji objawił się, ponieważ w kątku kucał i ekstraordynaryjną konsultacyą kucaną przeprowadzał właśnie z Radą Ministrów, gdy tu Goryllium łeb wraża i — ratuj mię WGMość! — woła — ratujcież mię biedaka spotwarzonego, a nie, to sobie zaraz pójdę i już nie wrócę!!!
Gról zerwał się na te słowa i wołał co siły: Tylko nie to, nie to, Kochana Opoko, Przyjacielu Drogi, Podporo nasza, Tylko nie TO! Zróbże sam, wiesz co, racz pojąć, Łaskawco, że mnie się tego rzec w mojej Miłosierności Pluralnie Majestatycznej nie godzi, aleć cóż tobie. — A nie! — Goryllium na to, nosem pociągając straszliwym, aż smarki po kosmatych licach cieką — a nie! Jam w służbie WGMości czynił, co czyniłem, podług listy personalnej Umyślnym z Loży przez Lufcik do Szafy zaekspediowanej, w uzgodnieniu wyrywałem i ewentualnie konsumowałem, lecz Nader Niechętnie, bo ja się Muzykusów Brzydzę i jak mi, Jerum, życie miłe, ani na Tycio bym żadnego nie posmakował! Wszystkich a wszystkich ja ze wstrętem, wbrew własnej Naturze, na przekór sobie, a jeno dla Tronu, Ojczyzny i Wyższych Sfer jakichś tam, albowiem nie pamiętam jako nieuczony, jak je zwać, i nie dla prywaty żołądka, zdrowia, wątroby nie szczędziłem, choć się we mnie od tych łyków łykowatych żółć zapiekła i rozstrojum się nabawił, i zgaga mnie wciąż pali, wszelako trwałem na posterunku, więc domagam się, aby ten Drab z Bębnicą za pohańbienie mojej poczciwej z gruntu, oddanej i Dobrej Osoby zaraz został przez WGMość własnoręcznie ukarany srodze, a nie, to sobie precz pójdę i obaczysz, Miłościwy Panie, co się wtedy z twojej Muzyki ostanie!

Рассказ Второго Размороженца

править
  •  

… на блаженных побережьях планеты ЖИВЛЯ, <…> прозванной так по причине своей живоплодности мы и возникли, способом, о котором не стоит особенно распространяться, ибо Природа употребляет его повсеместно, питая извечную склонность к автоплагиату. Из моря ил, из ила плесень — известная песня, из плесени рыбки, что повылезали на сушу, когда стало им тесно в воде; испробовав тьму всяких штучек, где-то по дороге они озверели, и возникшие таким способом ПЕРВОЗВЕРИ доковыляли до прямохождения, а затем, отравляя друг другу жизнь, до разума, ибо разум заводится от забот, как чесотка от зуда. Иные из первозверей позалезали потом на деревья, когда же деревья высохли, пришлось им в немалом горе слезать обратно, и от этого горя они ещё поумнели — увы, на вероломный манер.
Не стало древес и постной пищи, и вышли они на охоту; и как-то один из них, грызя окорок, заметил, что у него лишь голая кость, а у другого есть ещё мясо, и заехал он тому костью по лбу, и мясо забрал. То был изобретатель дубинки.
Через неизвестное время после того появился Завет. О его происхождении живлянская мысль выдвинула восемьсот различных гипотез. Мы же считаем, что Завет появился, чтобы несносное житьё сделать сносным. Скверно жилось нашим праотцам, и были они на это в обиде — но можно ли быть в обиде на Никого? А значит, в каком-то, чрезвычайно тонком смысле, Религию породила у нас грамматика, подкреплённая воображением. Если здесь нехорошо — хорошо где-то там, подальше. Если такого места найти нельзя — стало быть, оно там, куда не дойти ногами. Ergo, могила — это копилка. Положив в неё праведные кости, на том свете за воздержанность получишь с лихвой — в вечностной валюте с Господним обеспечением. Однако втихую праотцы наши нарушали этот Завет, полагая не вполне справедливым, что самое лучшее зарезервировано для покойников. Теологи опровергли эти сомнения тремястами способами, о коих мы умолчим, а то нам и тыщи ночей не хватило бы.
Предки наши облегчали свой тяжкий труд всяческими штуками и махинациями, от которых пошли махины, махавшие за них цепами, ну, а где цепы, там и колеса, а где колеса, там и биты — я упрощаю, конечно, но иначе нельзя. Смягчая так мало-помалу свои невзгоды, они попутно узнали, что Живля шаровидна, что звёзды суть узелки, на коих закреплён небосвод, что пульсар — икающая звезда, а живлян породил ил (это удалось даже воспроизвести в особливых выводильнях через каких-нибудь тридцать тысяч лет от высечения огня).
Итак, телесный труд был отдан на откуп всяческим самодвигам, которые при случае годились и против соседей; однако ещё оставалась тяжкая умственная работа, а потому измыслили мы мыслящие из нас механизмы, как-то: мыслемолки и мысльницы, перемалывающие мир в цифры, а потом отделяющие зерна от плевел. Сперва строили эти машины из бронзы, но за ними приходилось приглядывать, что также утомляет; поэтому вывели мы из обычных зверушек цифроядных мыслюшек, что жили-поживали себе у желоба, предаваясь запрограммированным компьютациям и медитациям. Так доработались мы до первой в нашей истории безработицы.
Освободившись от тяжких трудов, имея множество времени на размышления, приметили мы, что не всё идёт так, как должно бы: ведь отсутствие нужды — ещё не блаженство; и принялись мы практиковать Завет наизнанку, вкушая каждый из помянутых в нём смертных грехов уже не с трепетом и не втайне, как встарь, но вызывающе, явно и с возрастающим аппетитом. Опыты показали, что большая часть оных не особенно привлекательна, так что на заре Новой эры мы всецело переключились на грех, обещавший больше всего, а именно грех Облапизма, или Ложства, с такими его разрядами, как Чужеложство, Многоложство, Самоложство и прочие. Этот довольно-таки убогий репертуар мы обогатили рационализаторскими идеями; так появились облапоны, любвеобильные суперлюбы, половицы — пока наконец каждый живлянин не обзавёлся в своём содомике полным комплектом блудных машин. Церкви, отнюдь не одобряя происходящего, закрывали на это глаза, ибо на крестовых походах давно был поставлен крест. По части прогресса лидировала первая держава Живли, Лизанция, которая крылатого хищника в своём гербе заменила, путём плебисцита, Порноптериксом, или Блудоптахой. Лизанцы, купаясь в благоденствии по уши, распускали все, что ещё не было совершенно распущенным, а остальные живляне тянулись за ними по мере местных возможностей. Девизом Лизанции было: OMNE PERMITTENDUM, ибо всехотящая вседозволенность лежала в основе её политики. Только живлянский медиевежда, что перелопатил наши средневековые хроники, сумел бы понять всю неистовость сокрушения прежних запретов: то был реактивный выброс в направлении, обратном стародавней аскезе и набожности. Однако же мало кто замечал, что живляне по-прежнему следуют букве Завета, хотя и навыворот.
Писатели прямо из кожи лезли, основывая грехопечатни, дабы наверстать многовековую отсталость, и печалились только о том, что никто уже не преследует их за смелость. Гимн молодёжи, шествующей в первых рядах радикалов, звучал, сколько мне помнится, так:
Кирпично-медным
Сияя лбом,
Мы маму — в яму
И кол вобьём.
Потом на папу
Наложим лапу,
Сдадим на слом.
Сдохни, мать!
Папаша, сгинь!
Папе с мамою Аминь!
Умственная жизнь процветала. Из забвения были извлечены труды некоего маркиза Де Зада; они стоят особого разговора, поскольку повлияли на дальнейший ход нашей истории. Двумя веками ранее палач изгнал Де Зада как мерзавтора-писсуариста; его писания предали огню — к счастью, предусмотрительный маркиз заранее заготовил копии. Этот мученик и предвестник Грядущего провозглашал Сладость Гадости и Святость Греха, и притом отнюдь не из эгоистических, но из принципиальных соображений. Грех, писал он, бывает приятен, но грешить надлежит потому, что это запрещено, а не потому, что приятно. Ежели есть Бог, следует поступать назло Ему, если же Его нет — назло себе: в обоих случаях мы выказываем всю полноту свободы. Поэтому в романе «Кошмарианна» он выхвалял копролатрию[5], то есть культ дерьма, освящаемого на золоте под звуки благодарственных песнопений, ведь если бы его не было, объяснял он, следовало бы его непременно выдумать! Несколько меньшей заслугой представлялось ему почитание прочих отбросов. В вопросах семьи он был человек принципов: семью надлежало извести под корень, а ещё лучше — склонить её к тому, чтобы она сама себя извела. Эта доктрина, извлечённая из глубины веков, была встречена с восхищением и почтением. Лишь простаки цеплялись к словам, утверждая, что Де Зад ПРЕДПОЧИТАЛ помянутую субстанцию родным и близким, но как быть, если кому-то милее всё же семья?
Лицемерие этих критиков изобличили задисты, ученики и душеприказчики маркиза, опираясь на теорию доцента Врейда. Сей душевед доказал, что сознание есть зловонное скопление лжи на поверхности души — из страха перед тем, что в серёдке («Мыслю, следовательно, лгу»). Однако же Врейд рекомендовал лечение, вытеснение и окончательное прекращение, тогда как задисты призывали к демерзификации путём наслаждения до пресыщения, а потому учреждали выгребные салоны и тошнительные музеи, дабы там потрафлять себе и своим ближним; помня же о заветах Де Зада, особенно культивировали эту последнюю часть тела. Как говаривал видный активист движения, доцент Инцестин Шортик, кто задов не знает, тому и наука не впрок, а живлянин-де задним умом крепок. Поскольку тогда уже много шумели об охране среды, задисты загрязняли её сколько было мочи. Кроме копрософии волновала умы футуромантия. Пессимизм, столь модный в конце прошлого века, ныне высмеивался, ведь на одно рабочее место, теряемое вследствие роботизации, приходилось двадцать новых. Появились неизвестные прежде профессии, к примеру, оргианист, стомордолог (умел мордовать на сто ладов), триматург (драматизировал по заказу семейную жизнь, выстраивая супружеский треугольник), экстерьер и секстерьер (первый был просто экс-собакой, а второй занимался содо-мистикой, разновидностью авто-мистики, то есть составления священных обетов, исполняющихся автоматически). Даже физики, уступая моде, снабжали свои аппараты порноприставками.
За этой Реформацией в скором времени последовала Контрреформация, поборники которой обвиняли эпоху во всех грехах и совершали налёты на банки спермы и непристойной ферритовой памяти. Кроме этих взрывальцев были ещё анахореты — глашатаи Возврата в Пещеры, в частности, Вшавел и Ржавел, которые проповедовали грязнолюбие и скверноядение, коль скоро вокруг всё такое стерильное и лакомое. Что же до прекрасного пола, то он взбунтовался тотально. В качестве идеалов женственности передовички движения предложили блудонну и свинкса, трактуя древние мифы на эмансипаторский лад. Всё это вело к нарастанию хаоса, однако живляне в своём большинстве продолжали верить в науку, которая бестрепетно исследовала любое явление, — хотя бы оргианистику, которая стала формализованной дисциплиной благодаря введению единиц, именуемых оргами (а в случае некрофилии — моргами), и изучению тонких различий между бабистом, бабителем и бабашником, а также брехопроводом и грехопроводом; итак, наука всё подвергала классификации и ничему не дивилась.

 

… na błogich wybrzeżach planety SIEMI, <…> nader płodnej, jak wskazuje nazwa powstaliśmy sposobem, nad którym nie warto się rozwodzić. Przyroda stosuje go bowiem powszechnie, mając odwieczną skłonność do autoplagiatów. Z morza muł, z mułu pleśń, stara to pieśń, z pleśni rybki, co powyłaziły na ląd, gdy im się ciasno w wodzie zrobiło, a wypróbowawszy na suszy moc chwytów, przyssały się gdzieś po drodze i tak powstałe SSAKI doszły kusztykaniem sprawnych chodów, a wzajemnym utrudnianiem sobie życia — rozumu, gdyż rozum jest od kłopotów, jak drapaczka od świądu. Wlazły potem pewne ssaki na drzewa, a gdy drzewa uschły, przyszło im zleźć w niemałej biedzie, i od tej biedy jeszcze zmądrzały — niestety po zdradziecku.
Nie było już drzew ani nic jarskiego, poszły więc na łów, a raz, obgryzając udziec, jeden spostrzegł, że u niego już goła kość, a u drugiego jeszcze mięso, dał mu więc kością w łeb i zabrał mięso. Był to wynalazca maczugi.
W niewiadomy czas potem powstał Zakon. W kwestii jego powstania rozwinęła myśl siemiańska osiemset różnych poglądów. Co do nas, sądzimy, że Zakon powstał, by uznośnić byt, skądinąd nie do wytrzymania. Źle było naszym praojcom, o co żywili pretensje — lecz jak tu żywić pretensje do Nikogo — więc w pewnym, nader subtelnym sensie Religię urodziła nam sama gramatyka, wsparta wyobraźnią. Jeśli tu niedobrze, to gdzieś indziej dobrze. Jeśli nigdzie nie można znaleźć tego miejsca, to ono tam, dokąd nie zajdziesz na nogach. Ergo — grób to skarbonka. Złożysz w nim cnotliwe kości, to będzie ci wypłacone w zaświatach odszkodowanie z nawiązką za wstrzemięźliwość w wiekuistej walucie z Bożym pokryciem. Łamali jednak nasi praojcowie po cichu ów Zakon, bo nie wydawało im się całkiem sprawiedliwe, żeby wszystko najlepsze miało być zastrzeżone wyłącznie dla nieboszczyków. Zastrzeżenie to odtłumaczyli nasi teologowie na trzysta sposobów — pominiemy to jednak, inaczej nie starczyłoby na naszą opowieść i tysiąca nocy.
Przodkowie nasi ułatwiali sobie znój różnymi kruczkami i machinacjami, od których poszły machiny, machające za nich cepami, a skoro cepami, to i kołami, a skoro kołami, to i bitami — w czym tkwi silny skrót, skądinąd wskazany. Pomniejszając tak swoje biedy, dowiedzieli się przy okazji, że Siemia jest kulista, że gwiazdy to supły, trzymające w kupie firmament, że pulsar to gwiazda z czkawką, a Siemian porodził muł — co się dało nawet powtórzyć w umyślnych wylęgatoriach już w trzydzieści tysięcy lat od skrzesania ognia.
Cielesny trud oddało się zatem w arendę różnym samo — biegom, których można było i przeciw sąsiadom używać, pozostała jednak uciążliwa praca umysłowa, wykoncypowaliśmy więc zmyślny za nas przemysł, jako to myślniczki i myślnice, mielące świat na cyfry, a w zmełtym odcedzające ziarno od plew. Najpierw budowało się je ze spiżu, lecz nad tymi trzeba było stać, a to także męczy, wyhodowaliśmy więc ze zwykłych bydląt myślodajne liczydlęta, co pędziły żywot przy żłobie na zadanych im komputacjach i medytacjach. Tak dorobiliśmy się też pierwszego bezrobocia.
Wyzwoleni od znoju, mając mnóstwo czasu na rozmyślania, zauważyliśmy, że nie jest ze wszystkim tak, jak miało być: brak biedy to jeszcze nie rozkosz. Wzięliśmy się zatem do praktykowania Zakonu na odwrót, próbując każdego z wymienionych w nim grzechów głównych już nie ze strachem i skrycie, jak dawniej, lecz hardo, publicznie i z rosnącym rozsmakowaniem. Próby wykazały, że większość tych grzechów jest mało apetyczna, skoncentrowaliśmy się więc u zarania ery Nowożytnej na obiecującym najwięcej — a było nim Obłapianie, czyli Łóstwo, w jego specjalnościach jak cudzołóstwo, wielołóstwo, samołóstwo i tak dalej. Ten dość ubogi repertuar wzbogaciliśmy racjonalizatorskimi innowacjami, od czego powstały kazidła, kochliwe kochery, płcennice — aż każdy Siemianin miał w swoim sodomostwie komplet rujnych maszyn. Nie w smak szło to Kościołom, przymykały jednak oczy, bo czas krucjat minął i było z nimi dość krucho. W postępie przodowało pierwsze mocerstwo Siemi, Lizancjum, które w powszechnym głosowaniu przerobiło sobie skrzydlatego drapieżnika w godle państwowym na Pornopteryks — Sprośne Ptaszę. Lizańcy, nurzając się w dobrobycie, rozwiązywali wszystko, co nie było jeszcze całkiem rozwiązłe, a reszta planety naśladowała ich w tym podług miejscowych możliwości. Dewizą Lizancjum było OMNE PERMITTENDUM, taka bowiem wszechzwoląca permisja leżała u podstaw jego polityki. Tylko mediewalista siemiański, co się przekopał przez nasze kroniki średniowieczne, pojmie należycie zaciekłość owych rewindykacji, był to bowiem istny odrzut zamierzchłej ascezy i dewocji. Jakoś mało kto dostrzegał, że dalej się pilnuje liter Zakonu, tyle że do góry nogami.
Twórcy zwłaszcza, wyłażąc ze skóry, by nadrobić zaległości wiekowe, zakładali oficyny drukarskie zwane bluźniami, kłopocząc się tym jedynie, że nikt ich już nie prześladuje za śmiałość. Hymn młodzieży idącej na czele radykałów brzmiał, o ile sobie przypominamy, następująco:
W promiennym blasku
Miedzianych Czół
Wbijemy mamę
Na pal, na kół
A potem tatę
Spiszem na stratę
Rzucimy w dół!
Za tatą mamę
Za mamą tatę
Hej siup i w jamę
Amen!!
Życie umysłowe kwitło. Wydobyto z niepamięci dzieła niejakiego markiza de Zad, wymagające szczególnej uwagi, wpłynęły bowiem na dalszy bieg naszych dziejów. Dwa wieki wcześniej kat wyświecił go jako pisuarystę, zbrudniarza, a dzieła poszły na stos, szczęściem przezorny markiz sporządził odpisy. Ten męczennik i prekursor Nowego głosił Czar Ohydy i Cnotliwość Nicnoty, bynajmniej nie ze względów egoistycznych, lecz zasadniczych. Grzech bawi czasem, pisał, lecz grzeszyć należy, bo to niedozwolone, a nie, bo przyjemne. Jeśli jest Bóg, należy mu robić na złość, a jeśli Go nie ma — to sobie: tak czy owak zamanifestuje się pełnię wolności. Toteż w powieści Zmorjanna zalecał koprolatrię jako kult łajna, celebrowanego na złocie przy dziękczynnych chorałach, gdyby go bowiem nie było, tłumaczył, koniecznie należałoby je wynaleźć! Za nieco mniejszą zasługę poczytywał wielbienie innych odchodów. W kwestiach rodziny był pryncypialistą: należało wyciąć ją w pień, a jeszcze lepiej nakłonić do tego, żeby się sama wycięła. Nauki te, wydobyte z otchłani wieków, wzbudziły podziw i respekt. Tylko prostacy czepiali się słów, powiadając, że jednak de Zaw WOLAŁ wzmiankowaną substancję od krewnych i bliskich — co jednak, jeśli komuś milsza rodzina?
Zakłamanie tych krytyków zdemaskowali zadyści, uczniowie markiza i kontynuatorzy jego testamentu, opierając się na Teorii docenta Fronda. Duszoznawca ten wykazał, że świadomość to stek łgarstw na wierzchu duszy ze strachu przed tym, co tkwi głębiej („Myślę, więc kłamię”). Frond doradzał wszakże kurację, sublimację i rezygnację, zadyści natomiast postulowali depaskudyzację przez użycie do przesytu. Zakładali więc rewelatryny i nauzealne muzea, by folgować w nich sobie i bliźnim; a mając w pamięci to, co nakazywał de Zad, kultywowali tę właśnie część ciała. Jeden z wybitnych przedstawicieli ruchu, docent Incestyn Wichs, mawiał, że tylko Sempiterna Semper Fidelis — zresztą nic pewnego na tym świecie. Ponieważ mówiło się już wiele o ochronie środowiska, zadyści zanieczyszczali je na potęgę. Poza koprozofią pasjonowała umysły futuromancja. Na schyłku minionego wieku upowszechniło się czarnowidztwo, teraz wyśmiewane, boż za jedno miejsce pracy, tracone wskutek robotyzacji, zyskiwało się dwadzieścia nowych. Powstawały wszak nie znane dziejom fachy, choćby orgianisty, deranżera — podręcznika (co umiał podręczyć na sto ładów), trzeciaka — trianglisty (ten dramatyzował na obstalunek życie familijne, tworząc tam trójkąt małżeński, gdzie go nie było), eksteriera i seksteriera (pierwszy był po prostu byłym psem, a drugi uprawiał sodomistykę, odmianę automistyki, czyli kunsztu takich aktów strzelistych, które się same wykonują dzięki automatyzacji). Pod naciskiem mody nawet fizycy dorabiali swym aparatom pornoprzystawki. Reformacja ta rychło wywołała kontrreformację, której rzecznicy, wszystko mając epoce za złe, dokonywali zamachów na banki spermy i brzydkiej pamięci ferrytowej. Obok takich wysadzantów działali abnegaci, propagatorzy Powrotu do Jaskini, jak Wszaweł i Ćpaweł, zachęcający do niechlujstwa i żarcia byle czego, skoro wokół wszystko sterylne i smakowite. Co się tyczy płci pięknej, zbuntowała się totalnie. Przodownice ruchu wysunęły dwa nowe ideały kobiecości — dziwkożonę i świnksa — ażeby nawiązać po wyzwolicielsku do prastarych mitów. Od tego wszystkiego narastał chaos, większość Siemian pokładała wszakże zaufanie w nauce, która bez tremy badała każde zjawisko — ot choćby orgianistykę, sformalizowaną dzięki wprowadzeniu jednostek zwanych orgami (w wypadku nekrofilii były to morgi), rozróżniając subtelnie pomiędzy gzikiem, gziarzem a gzicielem czy między naleśnikiem a obleśnikiem, wszystko klasyfikując i niczemu się nie dziwiąc.

  •  

Центры персон-моделирования работали в телотворительную эпоху с перегрузкой, ибо граждане двоились и троились на глазах, множа себе тела на любые оказии. Не было недостатка в миллионерах-коллекционерах; не желая ни с кем делиться радостями плоти, они размножались, разврата ради, почкованием. Персональное моделирование подобных субъектов, которые одной головой командовали целым полком тел, было нешуточной математической проблемой; в народе таких главарей прозвали телоначальниками. Они ли довели Мудро до коллапса, или, напротив, само оно довело народные массы до скоростной эротации — неизвестно и ныне. Так или иначе, Мудро объявило военное положение и провозгласило себя верховным правителем Живли под именем Мудриссимуса.
Отрезвленные столь внезапно и столь жестоко, живляне выказали прежнее мужество и сметливость в беде, ибо, как глубокомысленно рассуждали потом, беда породила их и лишь в ней они чувствовали себя как рыба в воде. Мировая война с раскинувшимся под Живлёй самозванцем ничуть не напоминала прежних войн. Обе стороны, имея возможность уничтожить друг друга за доли секунды, как раз поэтому ни разу не соприкоснулись физически, но сражались информационным оружием. Речь шла о том, кто кого заморочит лгашишем подтасованных битов, оглоушит брехном по черепу, кто ворвётся, как в крепость, в чужие мысли и попереставляет штабные молекулы неприятеля наоборот, чтобы его разбил информатический навралич. Стратегический перевес сразу же получило Мудро: будучи Главным Счетоводом планеты, оно подсовывало живлянам ложные сведения о дислокации войск, военных запасов, ракет, кораблей, таблеток от головной боли и даже переиначивало количество гвоздиков в подошвах сапог на складах обмундирования, дабы океанским избытком лжи пресечь всякую контратаку в зародыше; и единственной серьёзной информацией, посланной на поверхность Живли, был адресованный фабричным и арсенальным компьютерам приказ немедленно стереть свою память — что и случилось. И, словно этого было ещё недостаточно, в завершение штурма на глобальном фронте Мудро перевернуло вверх дном картотеки личного состава противника, от главнокомандующего до последнего киберобозника. Положение казалось безвыходным, и, хотя на передовую выкатывали последние не заклепанные ещё вражьими враками лгаубицы, устремляя их жерла вниз, штабисты понимали, что это напрасно; и все же требовали открыть брехометный огонь, чтобы ложь брехнёй обложить: мол, если и гибнуть на поле врани, то хотя бы с необолганной честью. Главнокомандующий, однако, знал, что ни один его залп узурпатора не потревожит, ведь тому было проще простого прибегнуть к полной блокаде, то есть отключить связь, не принимая к сведению вообще ничего! И в эту трагическую минуту он решился на самоубийственный фортель: велел бомбардировать Мудро содержимым всех штабных архивов и картотек, то есть чистейшей правдой; в первую голову в недра Живли обрушили груды военных тайн и планов, до того засекреченных, что один лишь намек на них означал государственную измену!
Мудро не устояло перед искушением и принялось жадно поглощать бесценные сведения, которые, казалось бы, свидетельствовали о самоубийственном помешательстве неприятеля. Меж тем к сверхсекретной информации примешивали все большие порции не столь существенных данных, но Мудро, из любопытства и по привычке, ни от чего не отказывалось, заглатывая всё новые лавины битов. Когда истощились уже запасы тайных трактатов, шпионских донесений, мобилизационных и стратегических планов, открыли шлюзы битохранилищ, в которых покоились старинные мифы, саги, предания, прачиавеческие легенды и сказки, священные книги, апокрифы, энциклики и жития святых. Их экстрагировали из пергаментных фолиантов и закачивали под давлением в недра Живли, а цифрократ-самозванец по причине инерционности и самовлюблённости, тупого упорства и рутинерства поглощал все, жадный и ненасытный безмерно, хотя и давился уже избытком битов; и наконец они застряли у него электрической костью в горле: не содержание, но количество данных оказалось убийственным. Чистейшая правда, спрессованная в мощный информ-заряд, саданула Мудро под каждый его транзисторный бок, сожгла его пробки, затопила его казематы, полные ещё не выстреленных вракет, и разорвала его изнутри, так что с многомильных битопроводов, искусной сетью заткавших планетный череп, потекла медь — и снова, как в прадавнюю эру, кружила Живля вокруг Солнца, заполненная огненным жидким металлом… Как в тишине началось, так в тишине и кончилось первое в истории информатическое сражение. И всё вроде бы пошло по-старому, но ещё четверть века приходилось распутывать, атом за атомом, хаос первой минуты схватки. Прежних высот живлянская цивилизация достигла лишь спустя сорок лет.

 

Era cieleśnicza obciążyła dodatkowo ośrodki cyfropersonalne, boż obywatele w oczach się teraz dwoili i troili, mnożąc sobie ciała na różne okazje. Nie brakło milionerów — kolekcjonerów, którzy nie chcąc z nikim dzielić zmysłowej satysfakcji, rozmnażali się dla rozpusty przez pączkowanie. Nie lada matematycznym problemem było objęcie rachubą takich powielicieli, jedną głową komenderujących pułkiem ciał; rafinatów tych zwał lud spółkownikami. Czy to właśnie oni doprowadzili mądro do zapaści, czy też, na odwrót, ono doprowadziło masy do szybkościowej erotacji, by w na — stałym chaosie przechwycić ster rządów — nie wiadomo do dzisiaj. Dość na tym, że mądro ogłosiło stan wyjątkowy, a zarazem mianowało się najwyższym władcą Siemi z oficjalnym tytułem Przemądra.
Otrzeźwieni tak nagle i okrutnie, Siemianie objawili dawną przemyślność i męstwo w biedzie, bo też (jak filozofowano potem) bieda ich stworzyła i w niej tylko czuli się jak ryba w wodzie. Wojna światowa z rozpartym w podziemiach samozwańcem w niczym nie przypominała wojen dawniejszych. Obie strony, mogąc się unicestwić nawzajem w ciągu sekund, przez to właśnie ani się tknęły fizycznie, walcząc na informację. Szło o to, kto przywali kogo łgarnkami sfałszowanych bitów, zdzieli blagą przez łeb, wedrze się do myśli jak do twierdzy i poprzestawia w nich wszystkie sztabowe molekuły wroga na opak, żeby go tknął informatyczny paralusz. Przewagę operacyjną zyskało natychmiast mądro, będąc głównym buchalterem Siemi; informowało tedy Siemian fałszywie o dyslokacji wojsk, zapasów, statków, rakiet, proszków na ból głowy, przeinaczając nawet liczbę ćwieków w podeszwach butów intendentury, by oceaniczną nadmiarowością kłamstw porazić w zarodku wszelki kontratak — toteż jedyna rzetelna informacja, wysłana przez mądro na powierzchnię Siemi, skierowana była do komputerów fabrycznych i arsenałowych, żeby zaraz wytarły sobie do cna całą pamięć — co się też stało. Jakby tego było jeszcze nie dość, mądro przypieczętowało ów atak na globalnym froncie przetasowaniem i pomieszaniem na groch z kapustą personaliów przeciwnika od wodza naczelnego do ostatniego elektrociury. Sytuacja zdawała się beznadziejna, choć zataczano już na pozycje ostatnie nie zagwożdżone wrażym łgarstwem kłamarnice, rychtując ich wyjście w dół; sztabowcy, pojmujący daremność tej akcji, żądali przecież otwarcia krzywomyślnego ognia, żeby kłam się kłamem odciskał, choć przyjdzie paść, lecz przynajmniej z nie zełganym honorem. Wódz wiedział jednak, że ani jedną salwą nie dotknie uzurpatora, boż nic dlań prostszego jak zastosować pełną blokadę, przecinając łączność i niczego absolutnie nie przyjmując do wiadomości. Posłużył się więc w owej tragicznej chwili samostraceńczym fortelem. Kazał mianowicie bombardować mądro całą zawartością wszystkich sztabowych archiwów i kartotek, a więc szczerą prawdą, przy czym w pierwszej kolejności obruszono w głąb Siemi stosy tajemnic państwowych i najsekretniejszych planów, które nie to, że oddać, ale i uchylić ich rąbka znaczyło zdradę stanu.
Mądro nie powstrzymało się od łapczywego rozpatrzenia tak ważnych danych, co zdawały się świadczyć o samobójczym pomieszaniu przeciwnika. Tymczasem do supertaj — nych informacji stopniowo dołączano rosnącą przymieszkę mniej istotnych, lecz mądro od nawyku i ciekawości odbierało wszystko, łykając dalsze lawiny bitów. Gdy już wyczerpał się zapas tajnych umów międzypaństwowych, szpiegowskich raportów, planów mobilizacyjnych i strategicznych, otwarto upusty zbiornic, w których spoczywały sędziwe mity, sagi, podania, baśnie i legendy praczłeckie, święte księgi, apokryfy, encykliki oraz hagiografie. Ekstrahowane z pergaminowych foliałów, tłoczono je w głąb Siemi, a samozwańczy cyfrokrata wskutek impedancji i arogancji, czyli bezwładności i narymności, pochłaniał wszystko, bezgranicznie łakomy i nienasycony, choć dławił się nadmiarem bitów, które mu też na koniec stanęły kością elektryczną w gardle, nie treść bowiem, lecz ilość danych okazała się zabójcza. Najczystsza prawda, zbita w ładunek burzący, zajechała mądru pod każdy tranzystorowy bok, przegrzała mu bezpieczniki, zalała jego kazamaty pełne jeszcze nie odpalonego zakłamania i rozsadziła je na amen, aż wielomilowe bitociągi, misternym gąszczem rozsnute w czerepie planetarnym, w okamgnieniu pociekły miedzią i jak przed prawiekami Siemia na powrót krążyła wokół Słońca pełna ogniście płynnego metalu. Jak się w ciszy zaczęła, tak w ciszy ustała ta pierwsza w dziejach bitwa informatyczna. Wszystko zdawało się po staremu, w istocie jednak ćwierć wieku przyszło rozplątywać drobina po drobinie chaos pierwszej minuty zmagań. Do dawnej świetności dźwignęła się cywilizacja siemiańska dopiero w czterdzieści lat później.

Перевод

править

К. В. Душенко, 1993

О повести

править
  •  

Сейчас, когда я писал новое произведение для цикла «Кибериада», то в такой степени размножил там неологизмы, что пришлось при окончательном редактировании текста их совершенно безжалостно истреблять, именно потому, что текст стал невыносимо барочным, и это затрудняло чтение, а кроме того, точно так же, как и в поэзии, МЕРУ нововведений следует определять СДЕРЖАННО, и если эта мера превышена, отдельные, даже превосходные неологизмы (метафоры в поэзии) имеют тенденцию затмевать (гасить семантически) эффект соседних!

  — Станислав Лем, письмо Майклу Канделю 9 января 1975
  •  

Я когда-то написал текст, в котором анализировал неформальные группы в системе власти и который предполагалось добавить в новое издание «Диалогов». Его немедленно сняла варшавская цензура. Но если что-то шло под цензорские ножницы, то я не придавал этому излишнего значения <…>. Если я веду дела по всему миру, что ж плакать по клочку земли. Другое дело, что мне всегда больше всего хотелось печататься в своей стране, о чём лучше всего свидетельствует построение такой большой прикрывающей махины, как «Воспитание Цифруши», лишь затем, чтобы продать текст на Родине.

  — «Беседы со Станиславом Лемом» (гл. «Книга жалоб и предложений», 1982)
  •  

… «Рассказ первого размороженца» — это просто ядовитая и очень смешная сатира не только на систему реального социализма, представленного как оркестр, который якобы реализует Гармонию Сфер, хотя, в сущности, ни один его инструмент не исправен, но и на советского «Старшего Брата», спортретированного в виде Гориллия…

 

… „Opowieść pierwszego odmrożeńca” to po prostu zjadliwa i bardzo śmieszna satyra nie tylko na system realnego socjalizmu, przedstawiony jako orkiestra, która rzekomo realizuje Harmonię Sfer, choć w istocie żaden jej instrument nie jest sprawny, ale i na sowieckiego Wielkiego Brata, sportretowanego w postaci Goryllium…[6]

  Томаш Фиалковский, «Станислав Лем — жизнь исполнена», апрель 2006

Примечания

править
  1. В оригинале рифмуют по большей части другие слова.
  2. В оригинале парадокс — «Правда ли, что теплица — это остывшая зимница?» (Czy cieplica to wystygła zimnica?)
  3. В оригинале игра слов богаче смыслами: dobry złodziej — «хороший грабитель/добрый злодей», zły dobrodziej — «плохой/злой добродей/делец».
  4. Музыкальная Психопатия с Наводящей Сон Путаницей Глупейшей (лат.)
  5. Возможно, это пародийный намёк на роман «Жюстина, или Несчастья добродетели», в котором есть сцены копрофилии.
  6. Stanisław Lem czyli życie spełnione на официальном сайте Лема.