Альтруизин, или Правдивое повествование о том, как отшельник Добриций Космос пожелал осчастливить и что из этого вышло: различия между версиями

Нет описания правки
 
'''«Альтруизин, или Правдивое повествование о том, как отшельник Добриций Космос пожелал осчастливить и что из этого вышло»''' ({{lang-pl|Altruizyna, czyli opowieść prawdziwa o tym, jak pustelnik Dobrycy kosmos uszczęśliwić zapragnął i co z tego wynikło}}) — сатирико-философская фантастическая притча 1965 года [[Станислав Лем|Станислава Лема]] 1965 года из цикла «[[Кибериада]]».
 
== Цитаты ==
{{Q|Однажды летом, когда конструктор Трурль занят был подрезанием веток кибарбариса, который рос у него в саду, увидел он, что к дому его приближается оборванец, видом своим пробуждавший жалость и ужас. Все члены этого робота-горемыки перевязаны были веревками, недостающие сочленения заменены прогоревшими печными трубами, вместо головы имел он горшок — старый, дырявый, в коем мышление его, заедая, дребезжало и искрилось, шея была укреплена кое-как железкой из садовой ограды, в открытом животе болтались коптящие катодные лампы, которые этот несчастный придерживал свободной рукой, а другой неустанно подкручивал развинченные свои винтики; когда же, ковыляя, вошел он в калитку Трурлева дома, сгорели у него четыре предохранителя сразу и начал он, в клубах дыма и чаду шипящей изоляции, рассыпаться прямо на глазах у конструктора. Тот же, преисполненный жалости, схватил немедля отвёртку, плоскогубцы, просмоленную обмотку и поспешил на помощь к скитальцу, причём оный многократно лишался чувств, нестерпимо скрежеща шестеренками по причине общей десинхронизации; однако ж удалось-таки Трурлю привести его более-менее в чувство; уже перевязанного, усадил он его в гостевом покое, и, пока бедняга жадно подпитывался от батареи, Трурль, не в силах долее сдержать любопытства, принялся выспрашивать, что довело его до столь ужасающего состояния?|Оригинал=Pewnego dnia letniego, gdy konstruktor Trurl zajęty był przycinaniem gałązek cyberberysu, który hodował w swym ogródku, ujrzał zbliżającego się drogą oberwańca, litość i grozę pospołu budzącego swym wyglądem. Robot ów miał wszystkie członki obwiązane sznurkiem i posztukowane przepalonymi rurami od piecyków, zamiast głowy — stary garnek dziurawy, w którym myślenie jego dudniło i zacinało się, iskrząc, kark wzmocniony prowizorycznie kawałkiem sztachety, a w otwartym brzuchu trzęsące się i filujące lampy katodowe, które ten nieszczęśnik przytrzymywał swobodną ręką, drugą nieustannie dokręcając śrubki poluzowane; kiedy zaś, kusztykając, mijał furtkę Trurlowej posiadłości, przepaliły mu się cztery naraz bezpieczniki, tak że w kłębach dymu i fetorze skwierczącej izolacji zaczął się rozsypywać na oczach konstruktora. Ów, współczucia pełen, natychmiast porwawszy śrubokręt, obcęgi i bandaże smołowe, pospieszył wędrowcowi z pomocą, przy czym tamten wielokrotnie mdlał z okropnym rzężeniem trybów wskutek ogólnej desynchronizacji; na koniec jednak udało się Trurlowi przywieść go do jakiej takiej przytomności i, opatrzonego już, usadził w paradnym pokoju, a podczas gdy biedak chciwie podładowywał się z baterii, Trurl, nie mogąc dłużej powściągnąć ciekawości, zaczął pytać, co też przywiodło go do tak okropnego stanu.|Комментарий=начало}}
 
{{Q|... в конце концов я приметил в звёздной пыли звезду, тем отличную от всех прочих, что она была квадратная. Ах! Сколь же я был изумлён! Ведь каждый младенец знает, что звёзды все до единой круглые и о какой-либо их угловатости, да ещеещё строго квадратной, и думать нечего! Я немедля подвелподвёл корабль к небывалой звезде и вскоре заметил планету, тоже четырехугольную и к тому же снабженную по углам оковками с замочными скважинами. Чуть поодаль кружила другая планета, уже совершенно обычная; наведя на неё зрительную трубу, я увидел шайки роботов, которые ломали кости собратьям; таковое зрелище не слишком склоняло к высадке. Поэтому я вернулся к оставшейся за кормой сундукастой планете и основательно обшарил её дальноглядом. И сколь же сладостная меня охватила дрожь, когда на одной из еееё колоссальных оковок я обнаружил увеличенную в окулярах, искусно вырезанную монограмму, что из трёх состояла букв: НСР! <…>
Я не мог дождаться, пока ракета — как обычно, раскалившаяся в атмосфере — остынет, выскочил из неёнее, перепрыгивая через три ступеньки, и устремился к туземцам, крича на бегу:
— Извините! Это здесь Наивысшая Ступень Развития?!!|Оригинал=… zauważyłem wreszcie w kurzawie gwiazd jedną, tym różniącą się od wszystkich innych, że była kwadratowa. Ach! Jakie to było wstrząśnienie! Przecież każde dziecko wie, że gwiazdy muszą być co do jednej okrągłe i o żadnej ich kanciastości, a jeszcze do tego regularnie czworokątnej, i mowy nie ma! Natychmiast zbliżyłem statek do owej gwiazdy i wnet dostrzegłem jej planetę, która była też czworokątna, wyposażona przy tym na narożach w zamczyste okucia. Nieco dalej krążyła inna, całkiem już zwykła planeta; nacelowałem na nią lunetę, aby ujrzeć watahy robotów, które łamały gnaty innym; nie zachęcało to specjalnie do lądowania. Wróciłem przeto do porzuconej za rufą planety — skrzyni i raz jeszcze wypenetrowałem ją gruntownie dalekowidzem. Jakże radosne przeniknęło mię drżenie, gdy na jednym z milowych jej okuć odczytałem powiększony w soczewkach monogram, bogato rzeźbiony, z trzech składający się liter: NFR! <…>
Nie mogłem się doczekać wystygnięcia rakiety, jak zwykle rozpalonej tarciem powietrznym; wyskoczyłem z niej, biorąc po trzy stopnie, i pognałem między leżących, wołając już z daleka:
— Когда приходит пора выпрямленья горбов, — отвечала машина, — возможности уже безграничны и безжалостны! Можно не только горбы выпрямлять, но и штопать прорехи в разуме, солнца делать квадратными, планетам приделывать ноги, штамповать синтетические судьбы, несравненно сладчайшие против натуральных; начинается это невинно, с обтёсыванья кремней, а кончается построением всемогуторов и онтогениусов!|Оригинал=”Jak wiesz, bywają garbate roboty” — odparł głos z maszyny. — “Gdy nęka cię garb i pokręcenie, a zarazem wierzysz, że jesteś taki, bo w tej postaci pragnął cię Przedwieczny i plan twego pokręcenia wypełniał mgławicę Jego zamysłów jeszcze przed stworzeniem świata, łatwo się wtedy ze swym stanem pogodzisz. Ale gdy ci powiedzą, że to jeno skutek pośliźnięcia się paru atomów, co nie powskakiwały na właściwe miejsca, cóż ci pozostaje prócz nocnego wycia?”
”Ależ pozostaje, pozostaje!” — zawołałem ufnie. — “Garb można wszak wyprostować, pokręcenie — odkręcić, trzeba na to tylko wysokiej wiedzy!”
”Wiem o tym!” — rzekła ponuro maszyna. — “Istotnie, prostakom tak się to wydaje”...wydaje”…
”Więc tak nie jest?” — zdumieliśmy się obaj z Klapaucjuszem.
”Gdy przychodzi czas prostowania garbów” — rzekła maszyna — “możliwości są już zgoła bezlitosne! Można nie tylko garby prostować, ale i sztukować rozum, słońca czynić kwadratowymi, planetom dorabiać nogi, produkować syntetyczne losy, daleko słodsze od prawdziwych; zaczyna się to niewinnie, od krzesania krzemieni, a kończy na budowaniu wszechmocnic i wszechmocników!”}}
— Ладно, допустим… Но вы ведь можете творить чудеса… — молвил с отчаянием Клапауций.
— Осчастливливанье чудесами — один из наиболее рискованных приёмов, какие мне только известны, — ответил сурово глас из махины. — Кого чудесным образом преображать? Индивидов? От избытка красоты рвутся брачные узы, излишний разум ведет к одиночеству, а богатство — к безумию. Нет уж! Индивидов осчастливливать невозможно, а общества — не позволено; каждое должно следовать своим путем, натуральным порядком восходя по ступеням развития, всем добрым и всем дурным обязанное себе самому. Нам, с Наивысшей Ступени, делать в Космосе нечего; мы не создаём других космосов, потому что, позволю себе заметить, это было бы некрасиво. Зачем мы стали бы это делать? Ради собственного возвышения? Это было бы гадко. Или, может, ради сотворяемых? Но их ведь нет, а можно ли учинить что-либо ради несуществующих? Делать что-то можно лишь до тех пор, пока нельзя ещё делать всего. Потом надо сидеть тихо… А теперь оставьте меня наконец в покое!|Оригинал=”Nie pojmuję, czemu ten cukier akurat tak cię zirytował” — rzekła maszyna. — “Ale mniejsza o to. Jeśli cię rozumiem, pragniesz, abyśmy uszczęśliwiali, kogo się tylko da. Przedmiotem tym zajmowaliśmy się gruntownie około piętnaścieset wieków temu. Dzieli się on na felicytologię nagłą, czyli niespodziewaną, i powolną, czyli ewolucyjną. Ewolucyjna polega na tym, aby i palcem nie ruszać, w przeświadczeniu, iż każda cywilizacja tak czy inaczej powolutku sama da sobie radę; w sposób nagły zaś można uszczęśliwić albo po dobremu, albo siłą. Uszczęśliwianie siłą sprowadza, jak wykazuje rachunek, sto do ośmiuset razy więcej nieszczęść niż powstrzymanie się od wszelkiej aktywności. Po dobremu zaś uszczęśliwiać też nie można, bo — aczkolwiek wydaje się to dziwne — skutki są takie same, czy użyjesz Superbogotronu, czy też Infernatora Pieklicowego, zwanego też Gehennicą. Słyszałeś może o tak zwanej Mgławicy Kraba?”
”Owszem” — Klapaucjusz na to — “jest to resztka powłok Gwiazdy Supernowej, która wybuchła ongiś”...ongiś”…
”A jużci” — rzekł głos. — “Gwiazdy Supernowej, rzeczywiście! Była tam, mój poczciwcze, planeta w miarę rozwinięta, ociekająca, jako taka, niemałą ilością łez i krwi. Opuściliśmy na nią jednego ranka osiemset milionów Spełniarek Życzeń, aleśmy nie oddalili się jeszcze od niej i na tydzień światła, kiedy rozleciała się w drobny mak i rozlatuje do dnia dzisiejszego! Podobnie było z planetą Hominasów...Hominasów… czy mam ci o niej opowiedzieć?”
”Nie trzeba!” — burknął Klapaucjusz. — “Nie wierzę, aby nie dało się, w sposób przemyślny i przezorny, uszczęśliwiać!”
”Nie wierzysz? Co ja na to poradzę? Próbowaliśmy tego sześćdziesiąt cztery tysiące pięćset trzynaście razy. Włosy wstają jeszcze na wszystkich posiadanych przeze mnie głowach, kiedy sobie przypomnę rezultaty. Wierzaj mi, żeśmy nie szczędzili trudu dla dobra innych! Zbudowaliśmy specjalną aparaturę do zdalnej spektroskopii marzeń, wszelako pojmujesz chyba, że jeśli na jakiejś planecie szaleje wojna religijna i każda ze stron marzy o tym, aby wyrżnąć drugą, nie w tym widzieliśmy nasze zadanie, aby te życzenia po — spełniać! Chodziło tedy o to, żeby uszczęśliwiać, idei wyższego dobra nie naruszając. Ale to nie wszystko, albowiem większość cywilizacji kosmicznych w głębinach ducha życzy sobie rzeczy, do których nie śmie się jawnie przyznać, więc znów dylemat, czy pomagać im w tym, co one robią przez resztki wstydu i przyzwoitości, czy też w spełnianiu skrytych rojeń? Wziąć by ot — choćby dwie dla przykładu: Demencytów i Amencytów; pierwsi, w stadium uczciwego średniowiecza, żywcem palili paktujących z diabłem rozpustników, a zwłaszcza rozpustnice, raz dlatego, że im zazdrościli uciech z szatanem zażytych, a dwa, że katować w aureoli wymiaru sprawiedliwości sprawiało im nadzwyczajną lubość. Amencyci znów w nic już, oprócz ciała własnego, nie wierzyli i maszynami mu dosładzali, lecz z powściągiem pewnym, nazywając to zajęcie rozrywką; mieli oni pudła szklane, do których wtłaczali różne gwałty, mordy, pożogi, powiększając sobie tylko apetyt ich oglądaniem. Opuściliśmy na ich planety deszcz urządzeń, które tak były obliczone, aby żądze zaspokajać bez szkody niczyjej, a to stwarzaną w sobie sztuczną rzeczywistością; za czym Demencyci w sześć, Amencyci zasię w pięć tygodni zachwycili się na śmierć, w głos wrzeszcząc ze szczęścia doznawanego! Czy o takie może metody chodzi ci, niedorozwinięta istoto?”
”Jesteś głupcem albo potworem!” — warknął Klapaucjusz, gdy ja już od zmysłów całkiem odchodziłem. — “Jak śmiesz chełpić się tak plugawymi czynami?”
”Ja się nimi nie chełpię, jak się z nich spowiadam” — odparł spokojnie głos. — “Próbowaliśmy wszak, mówię, wszystkich kolejno sposobów. Obruszaliśmy na planety deszcze bogactw, potopy sytości i nadmiaru, paraliżując na nich wszelki wysiłek i pracę; dawaliśmy dobre rady, w zamian za które ogień otwierano do naszych kompotierów, to jest talerzy latających. Bo, zaprawdę, należałoby ducha przerobić pierwej w tych, których zamierza się uszczęśliwić”...uszczęśliwić”…
”Podobno możecie i to uczynić!” — zgrzytnął Klapaucjusz.
”Ależ możemy, pewno, że możemy! Ot, wziąć by choć sąsiadów naszych, zamieszkujących ziemiopodobną, czyli ziemiowatą planetę, Antropanów! Zajmują się oni wychwindrzaniem i turbaczeniem głównie, a to z obawy przed prukwiarnią, która jest według nich poza bytem i czeka na grzeszników swoją paszczą wiecznymi płomieniami wysadzaną; naśladując zaś błogosławionych Cymbrabeliansów, rajskiego Łambudasa i unikając Ohydancji z jej Ohydansami, młodzieniec antropański staje się z wolna dzielniejszy, lepszy, szlachetniejszy, niż byli jego ośmioręcy przodkowie. Prawda, walczą Antropanowie z Bajoranami o prymat Dusu nad Musem, względnie Musu nad Dusem (gdyż są tu zdań sprzecznych), ale zauważ, że w takich wojnach ginie tylko ich część, podczas gdy ty chciałbyś, abym ja, wyrwawszy im z głów wszystką ich wiarę w wychwindrzania, prukwiarnie i całą resztę, uczynił ich gotowymi do racjonalnego uszczęśliwienia. Lecz w ten sposób dokonałoby się morderstwo psychiczne, bo powstałe istoty nie byłyby już wszak ani Bajoranami, ani Antropanami; czyż tego nie rozumiesz?”
”Przesąd należy zastąpić wiedzą!” — rzekł twardo Klapaucjusz.
”Ależ oczywiście! Wszelako zważ, proszę, że żyje tam teraz około siedmiu milionów pokutników, którzy nieraz życie całe strawili na gwałceniu własnej natury, aby tym bliźnich od prukwiarni zbawić; jakże tedy wyjawię im w ciągu minut, i to tak, aby nie mieli już żadnych wątpliwości, że wszystko to było na nic i że zmarnowali całe życie na praktykach dokładnie bezużytecznych? Czyż to nie byłoby okrucieństwem? Wiedza sama musi zastąpić przesąd, ale do tego potrzebny jest czas. Weźmy tego garbusa, o którym mówiliśmy. Żyje w słodkiej ciemnocie, wierząc, iż garb jego pełni w dziele Stworzenia rolę aż kosmiczną. Gdy mu wyjaśnisz, że jest on skutkiem omyłki atomowej, tylko go unieszczęśliwisz. Wypadałoby zaraz mu go naprostować”...naprostować”…
”A pewno, że tak!” — palnął Klapaucjusz.
”Ba! I to się robiło! Sam dziad mój wyprostował raz trzystu garbusów za jednym zamachem. Jakże cierpiał potem!”
”Dlaczego?” — nie mogłem powstrzymać pytania.
”Dlaczego! Stu dwunastu usmażono zaraz potem w oleju, przyjąwszy tak nagłe uzdrowienie za pewny dowód konszachtów z diabłem; z pozostałych trzydziestu zaciągnęło się do wojska i zginęło w bitwach, rażąc się wzajemnie pod różnymi sztandarami, siedemnastu niezwłocznie zapiło się z radości na śmierć, resztę zaś wygubiło już to wycieńczenie miłosne (bo mój dziad, w poczciwości ducha, dorzucił im jeszcze wielkiej urody), już to wszelkie inne wszeteczeństwa, jakim zaczęli się oddawać nazbyt gwałtownie, do owego czasu wyposzczeni, tak że we dwa lata zeszli wszyscy, ale to wszyscy, do grobu. Jedyny wyjątek...wyjątek… at! nie warto mówić!”
”Skończże, kiedyś już zaczął!” — zawołał, niezmiernie poruszony, mistrz mój, pan Klapaucjusz.
”Jeśli chcesz koniecznie...koniecznie… dobrze. Pozostało zrazu tylko dwóch. Z nich jeden, nawinąwszy się dziadowi na oczy, błagał go na kolanach o przywrócenie garbu, albowiem jako kaleka żył sobie niezgorzej z datków, a wyprostowany musiał pracować, do czego był nienawykły. Powiadał, że do garbu całkowicie się już przyzwyczaił i teraz, wchodząc gdziekolwiek, rozbija sobie boleśnie łeb o nadproża”...nadproża”…
”A ów ostatni?” — spytał Klapaucjusz.
”Był on królewiczem, pozbawionym sukcesji przez ułomność; wobec takiej odmiany na lepsze macocha, pragnąc, aby koronowany został jej syn, otruła go”...go”…
”No, dobrze...dobrze… Ale wszak możecie działać cuda...cuda… — rzekł z rozpaczą w głosie Klapaucjusz.
”Uszczęśliwianie za pomocą cudów jest jedną z najbardziej ryzykownych technik, jaką znam” — odparł surowo głos z maszyny. — “Kogo cudownie odmieniać? Jednostki? Od nadmiaru urody pękają więzy małżeńskie, od zbytniego rozumu przychodzi samotność, od bogactw — szaleństwa. Nie, nie! Jednostek uszczęśliwiać nie można, a społeczności nie wolno; każda musi się poruszać własną drogą, wstępując naturalnym sposobem z piętra na piętro rozwoju, wszystko dobre i złe zawdzięczając sama sobie. My, z Fazy Najwyższej, nie mamy w Kosmosie nic do roboty; nie stwarzamy innych Kosmosów, gdyż, pozwolę sobie zauważyć, nie byłoby to przyzwoite. Po co to robić? Dla własnego wywyższenia się? To byłoby szkaradne. Więc dla stwarzanych może? Ależ ich nie ma, jakże więc można uczynić coś dla nie istniejących? Robić cokolwiek można dopóty, dopóki nie można jeszcze robić wszystkiego. Potem trzeba siedzieć cicho...cicho… A teraz dajcie mi już spokój!”}}
 
==Перевод==
[[Категория:Повести по алфавиту]]
[[Категория:Фантастические повести]]
[[Категория:Произведения«Сказки Станиславароботов» Лемаи «Кибериада»]]